Zofia Kowalska (Kora)

Świadectwo 13.

Siekierki. W roku 1968 w Warszawie w Klubie Inteligencji Katolickiej zeszła rozmowa o objawieniach prywatnych. Obecny wówczas na zebraniu ksiądz marianin zrobił krótki przegląd historycznych Objawień Matki Bożej, zaczynając od „Cudownego Medalika.” w roku 1830, a kończąc na pełnym wyjaśnieniu jego tajemniczej symboliki w Fatimie, której objawiania zostały zatwierdzone dokładnie w setną rocznicę pierwszych objawień, mianowicie w roku 1930. Całkiem naturalnie padło wtedy pytanie: A co sądzić objawieniu się Matki Bożej w Warszawie na Siekierkach w roku 1943? Ponieważ ksiądz ten do roku 1955 przebywał zagranicą, okazało się, że nic dotychczas o tym objawieniu nie słyszał. Ponieważ wyraził chęć zapoznania się z tym wydarzeniem, wskazano Mu mnie, za autentycznego świadka, gdyż wówczas mieszkałam w Warszawie i byłam na gorąco informowana o tym wszystkim, co się tam wtedy działo. Niezwykle ciężka sytuacja miasta skazanego wówczas na zagładę miała również tę dobrą stronę, że nikt z polityków nie wtrącał się wtedy do spraw wiary ludu warszawskiego. A była to wiara tak potężna, że po prostu wymagała cudu, bo sama była cudem moralnym, który ratował wierzących nie tylko od rozpaczy, ale i od buntu przeciwko Opatrzności. Zaproponowałam więc owemu księdzu wspólne odwiedziny jasnowidzącej, której się wówczas okazywała Matka Boża, a której adres obecnie posiadałam. Wybraliśmy się, więc pewnego dnia na Siekierki. Po drodze opowiadałam w głównych zarysach to, co pamiętałam jeszcze z owych czasów, a więc że było to 3 maja 1943 roku. 12-letnie dziewczynka Władzia uklękła wieczorem przy oknie do modlitwy. Rzecz się działa na osiedlu Siekierki w obrębie wielkiej Warszawy, gdzie ludzie mieszkali w małych domkach jednorodzinnych z ogrodami. Władzia chciała szczególnie polecić opiece Matki Bożej małego chłopca Żyda, ukrywanego przez sąsiadkę i innego chłopca rówieśnika prześladowanego przez kolegów z powodu niedorozwoju umysłowego. Wtedy to zobaczyła na kwitnącej, w pewnej odległości od domu, wiśni świetlaną postać kobiecą „jakby z reflektorów”, według wyrażenia Władzi. Twarzy nie było widać z powodu opuszczonego welonu, który Ją zasłaniał. Zjawisko trwało kilka minut, potem znikło. Dziewczynka opowiedziała wszystko matce i była w tak odświętnym i podniosłym nastroju, że prosiła nazajutrz o nakrycie stołu białym obrusem, ponieważ spodziewała się, że zjawisko znowu się ukaże. Nadzieja ta jednak zawiodła. Zjawisko się nie powtórzyło. Dopiero po kilku dniach, gdy znowu zbliżyła się do okna, zobaczyła, jak sama to określa, „jakby zaporę ze światła między domem a wiśnią, a na tej zaporze żywą postać kobiecą, w białej sukni z niebieską opaską, jasnymi, pięknymi włosami”. Na opasce był napis: „Śpiewajcie i módlcie się do Mnie tu”.

Potem miały miejsce kolejne widzenie, które następowały co parę dni. W jednym z nich Postać miała z boku u swych stóp obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Kiedyś znów Władzia widziała za Postacią małego człowieka z brodą, który siedział po turecku i wyjmował ze szkatułki najróżnorodniejsze przedmioty i świecidełka, jakby chciał odwrócić jej uwagę od Postaci. W czasie jednego z widzeń Postać ukazująca się podyktowała jej litanię do Matki Bożej, oczywiście nową. W trakcie tego opowiadania przyjechaliśmy na „Sadybę” jak się nazywa osiedle bezpośrednio przylegające do Siekierek, mniej więcej w pół drogi z Warszawy do Wilanowa. Dojeżdża się tramwajem, chociaż na Siekierki można dojechać tylko autobusem. Znając drogę, poprowadziłam dalej pieszo swojego towarzysza. Do domu Władzi przyszliśmy około godziny 16-ej. Przyjęła nas z powagą i grzecznością tylko jej właściwą, w której wszakże nie było żadnej sztuczności ani skrępowania, lecz wszystko było naturalne. Szybko wyprawiła dzieci, kogo się dało z domu, kogo do odrabiania lekcji w innym pokoju. Nie chciała nic mówić przy dzieciach. Mój towarzysz poprosił mnie o zapisywanie Jej zeznań, chcąc mieć uwagę mniej skrępowaną i lepszą możność obserwowania wizjonerki. Widać było, że mimo właściwej księżom ostrożności w tych sprawach, zaczyna ulegać urokowi jej osobowości. Wszystko to robiło dobre wrażenie zaczynają od idealnego porządku w domu, do skromności w ubiorze, we włosach zaplecionych w warkocze i ładnie, choć bezpretensjonalnie upiętych, w młodym zdrowym wyglądzie jej twarzy do złudzenia przypominającym Bernadettę Soubirous według najbardziej rozpowszechnionej podobizny tej świętej, tak że rozmawiając z nią, mieliśmy wrażenie, że rozmawiamy z Bernadettą. Nie wyglądała wcale na matkę czworga dzieci już w wieku szkolnym, lecz co najmniej o 10 lat młodziej (…).

A oto co zdążyłam zapisać z jej relacji, którą zaczęła od danych biograficznych. „Nazywam się Władysława Papis z domu Fronczak. Urodziłam się 13 sierpnia 1930 roku” - i teraz przeszła do interesującego nas tematu. - Był 3 maja 1943 roku. Byłam w mieszkaniu na poddaszu drewnianego domu o godz. 9 wieczorem. Przy krzyżach w tym czasie odprawiały się nabożeństwa majowe. Tego dnia, 3 maja nie znałam jeszcze święta Matki Bożej Królowej Polski, a tylko święto Konstytucji 3-go Maja. Byłam pod wrażeniem ostatnich wydarzeń. Kierownika szkoły rozstrzelali Niemcy. Paliło się getto. Przyszedł mi na myśl mały Żydek ukrywany przez sąsiadkę oraz mój rówieśnik prześladowany przez kolegów. Szykowałam się już do snu, więc dodałam do moich pacierzy wieczornych Zdrowaś Maryjo w intencji tych dwóch chłopców i wtedy na drzewie najbliżej naszego domu zobaczyłam Postać, coś świetlistego, co stało na drzewie. Twarz zakryta srebrzystym welonem, niebieska szarfa, biały różaniec na ręku. Zaskoczona, otworzyłam lufcik, zaczęłam przecierać oczy. Nie wiedziałam, jak się mam zachować. Zaczęłam się modlić w intencjach ogólnych za cały świat, Matka Boża nadal stoi. Jest coś, na co Ona czeka. I o co ja się nie modliłam! Za siebie, za wujka, Matka Boża wciąż czeka. „Weź go do nieba”. Kiedy to powiedziałam, poruszyła się trzy razy i zniknęła. Poczułam się jak ktoś, kto stracił coś najbardziej drogiego. Czułam się jednak szczęśliwą. Na drugi dzień poprosiłam, by mi stół nakryto białym obrusem. Dopiero piątego, wróciłam od krzyża z nabożeństwa majowego, uklękłam przy łóżku, zaczęłam mówić pacierz. Była godzina 10-ta. Ogarnął mnie straszny lęk, żeby nie podejść do okna, ale łudzę się nadzieją, że może dzisiaj przyjdzie Matka Boża. Nie mając wciąż odwagi, podeszłam jednak i kiedy miałam zamiar mówić 3 Zdrowaś Maryjo za drugim razem zobaczyłam zasłonę ze światła, a na niej Postać kobiecą. Matka Boża miała z jakieś 16 lat i była tak samo ubrana”. W nocy 7 maja ujrzałam znów i Matkę Bożą, a obok zobaczyłam człowieka. Siedział po turecku, a w ręku trzymał garnek – nie garnek, z którego wyjmował jakieś świecidełka, abym ja nie patrzyła na Matkę Bożą, z boku jakby siwe długie włosy, jaskrawo ubrany. Trwało to chyba 15 minut. Matka była tym zrozpaczona, że pójdę do Tworek (duży szpital psychiatryczny pod Warszawą). Poszła do szkoły. Nauczyciel miał znajomego profesora – Barleya, Nowy Zjazd 5. Zbadał mnie za darmo trzy razy. Powiedział, że jestem zupełnie zdrowa. Ksiądz Szmidt, mój prefekt szkolny z parafii św. Kazimierza, odnosił się z niedowierzaniem do tego wszystkiego i w tym kierunku wpływał na moich rodziców, którzy byli niezadowoleni ze zbiegowiska, jakie się utworzyło. Ludzie ciągle nachodzili nas tak, że obiadu nie można było ugotować. Więc chcieli to za wszelką cenę zlikwidować. Ponieważ widzenie ukazywało się teraz w południe, matka wysłała mnie z domu, żeby ludzie sobie poszli. Jak wróciłam o 3 to Matka Boża przychodziła o 3. Mama postanowiła zająć mnie jakąś pracą. Pewnego dnia urządziła pranie, ale potem wysłała mnie z domu po fartuszek, suszący się na drutach. Naraz zawołała to zrozpaczona: „Władzia znów klęczy”, „Obok Matki Bożej widziałam różne naczynia kościelne, jakby modele, kapliczka, kościół z jedną wieżą, klasztor, obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy. „Raz była wstążka z jasności, a na niej zjawiły się napisy: „ Śpiewajcie i módlcie się do Mnie tu”. „Teraz postawcie krzyż albo kaplicę”. „Idź do księdza szkolnego, aby pozwolił postawić krzyż albo kaplicę”. Kiedy Matka Boska przemówiła? Daty nie pamiętam. Głos Matki Bożej, jak mówi, to jest inny jak nasz. Jakby się słyszało całą osobą. Człowiek przyjmuje całą duszą, albo całym rozumem, przenikającym całego człowieka. Na pytanie, co mówiła Matka Boża? Władzia przypomina sobie następujące słowa: „Będę chodziła po ziemi, będę odwiedzała wsie i miasta, będę pukała do drzwi waszych”. W maju: „Idzie na was wielka kara, ciężki krzyż, nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo mój lud nie nawraca się”. Pytano o koniec wojny. Zobaczyłam cyfry 1945 oraz posłyszałam: „Jak się lud nawróci”. Klękaj trzy godziny dziennie”.

Po pewnym czasie sprawa zaczęła się wikłać. Oto jak ją przedstawia Władzia: „Po jakimś czasie z Warszawy zaczęli przychodzić ludzie, którzy podawali się za Grono Matki Bożej. Pani Kuczewska, też mieli widzenia. Kuczewska jak martwa padała. Przemawiali przez nią święci. Za nich nie mogę brać żadnej odpowiedzialności.

Ludzie modlili się po domach prywatnych, odprawiali noce wynagradzające, pokutne. Dwa razy takie noce były na żądanie Matki Bożej. Ja nie umiałam różańca. Dotychczas widzenia odbywały się na dworze. W lecie zobaczyłam Matkę Bożą w mieszkaniu. Matka Boża kazała mi pisać. Było przy tym obecnych paru osobach. Dałam ołówek koleżance z mojej klasy, aby ona pisała. Nie mogła. Wzięłam ołówek, było to dyktando Matki Bożej”. Zdaje się, że chodzi tu o litanię, ponieważ nie ma innych większych rzeczy podyktowanych przez Matkę Bożą.

Na pytanie księdza, czy nie otrzymała jakiej osobistej tajemnicy? Jasnowidząca odpowiada: „Czy otrzymałam osobistą tajemnicę? Z początku: „Wstąp do Zakonu Świętego Ludwika”. Czy jest w ogóle zakon Świętego Ludwika? Zapytuję z kolei księdza. Ksiądz przypomina świętego Ludwika Grignon de Monfort. Być może chodziło o Jego doskonałe nabożeństwo i akt oddanie się Matce Bożej w niewolę. Teraz Władzia przypomina rozmowę z Matką Bożą, analogiczną do rozmowy podczas zjawiania się w Beauraing: „Kochasz Mego Syna? – Tak – A Mnie kochasz ? – Kocham – To poświęć Mi się. To poświęć Mi się” interpretowane przez teologów jako poświęcenie według formuły świętego Ludwika złożyło się na powstanie Ośrodka Grignonowskiego. Szkoda, że mój towarzysz nie zapytał, czy Władzia wówczas wiedziała o objawieniach w Beauraing? Ale też i mnie nie przyszło wtedy do głowy zapytać ją o to. Nie mieliśmy już czasu na długą rozmowę, Więc Władzia opowiedziała jeszcze o widzeniu Pana Jezusa.

„15 września 1949 roku widziałam ostatni raz Pana Jezusa. Tak powiedział: Zbliża się czas, albowiem świat zaginie. Krzyżują Mnie wszyscy, którzy Mnie znieważają. Brońcie mnie, albowiem Ja was kiedyś obronię. Odchodzę od was, a wy proście Matkę moją, bo Ona was teraz słucha”.

„Pierwszy raz widziałam Pana Jezusa na tej wiśni w białej szacie, przepasanej białym sznurem. Ręce wyciągnięte do ludzi. Na piersiach w promieniach Serce Jezusowe. Ostatni raz Pan Jezus przemówił do niej z obrazu w kaplicy, zapewniając, że to co widziała i słyszała było prawdą, ponieważ była pogrążona w ciemnościach i nie dowierzała sobie.

Ludzie rozpoczęli natychmiast starania o budowę kościoła na miejscu objawień. Szczególną gorliwość w tej sprawie przejawiał stary Pan Pisaniec, cieszący się powszechnym szacunkiem. Przychodził on na miejsce objawień, był obecny w czasie widzeń, sprowadzał ludzi wykształconych, przemawiał do księdza Biskupa Modzelewskiego podczas Jego wizytacji w roku 1958 lub 1959. W dwóch przemówieniach opowiedział mu wszystko. Wkrótce potem umarł, jak gdyby żył jedynie po to, żeby dać świadectwo wobec Władz Kościelnych o całej tej historii. Ksiądz Biskup obiecał, że władze kościelne zajmą się tą sprawą.

Niestety, dotychczas się nie zajęły. Po rozmowie z Władzią poszliśmy do Księdza Biskupa Modzelewskiego. Pytaliśmy się go, czy Władze Kościelne zajęły jakie stanowisko wobec całej tej sprawy? Otrzymaliśmy odpowiedź negatywną. Nikt z przedstawicieli Kościoła dotychczas tą sprawą się nie zainteresował. Opiekę nad Władzią roztoczyli jedynie oo. Bernardyni, do których parafii na Sadybie ona obecnie należy. Jest ona członkiem Trzeciego Zakonu świętego Franciszka i pełni obowiązki mistrzyni nowicjatu.

Niektórzy byli zgorszeni tym, że wyszła za mąż tak, że miała ona pewne skrupuły, ale nie kompleksy, na tym tle. Zapytana o to, co zdecydowało o jej zamążpójściu, odpowiedziała, że jedynie wola rodziców, której nie chciała się sprzeciwić, widząc ich rozumną troskę o nią, ponieważ chcieli wykorzystać pomyślną okazję, wydając ją za znanego im od dzieciństwa kolegę Władzi. Na pytanie, czy czuje się szczęśliwa w małżeństwie? odpowiedziała twierdząco, lecz bez entuzjazmu. Wyczuwało się, że oddziałała na nią opinia publiczna, która oczekiwała od niej gestu jakiejś większej ofiarności z życia osobistego. Skłoniło to księdza, mojego towarzysza do wypowiedzenia kilku pocieszających myśli na temat wielkiej godności i świętości życia rodzinnego, za które była wyraźnie wdzięczna.

Na miejscu objawień ludzie zbudowali ładną kapliczkę, zaopatrzoną we wszystko, co tylko może być potrzebne do odprawiania nabożeństw, zwłaszcza Mszy św. Kiedy jednak zaczęli robić starania o jej otwarcie w Radzie Narodowej, zapytano ich, jak jest Kościół do tego ustosunkowany?

I na tym cała sprawa utknęła. Odwiedziliśmy tę kapliczkę, która jest w bardzo dobrym stanie, ładnie utrzymana, na miejscu solidnie ogrodzonym i zamkniętym, do którego klucz znajduje się u osoby obdarzonej powszechnym zaufaniem i znanej jedynie wtajemniczonym w historię tego prawdziwego Sanktuarium Maryjnego, które czeka tylko na zbadanie i poświęcenie go przez Kościół.